poniedziałek, 18 września 2017

`[7] mam wszystko to, o czym zawsze marzyłam`



15.11.2016
 
„Tak bardzo bym chciała, żeby ktoś powiedział mi, czy ja na pewno robię dobrze, rzucając wszystko to, co tak dobrze znam, na rzecz czegoś nowego. Nieznanego. Z pozoru pięknego i pewnego. Co jeśli się okaże, że to jednak nie jest to, na co czekałam przez całe swoje życie? Co jeśli to tylko złudzenie? Sn, który zniknie, kiedy tylko otworzę oczy, zostawiając po sobie nietrwałe i ulotne wspomnienie?
Boję się.
Bałam się stać w miejscu, a teraz, kiedy postanowiłam zrobić krok naprzód, boję się zrobić kolejny.
To wszystko jest zbyt piękne, żeby mogło być prawdziwe. To wszystko jest takie nierealne… To wszystko jest tym, na co czekałam przez wiele lat i, czego nigdy nie dostałam. Nie powinnam się bać. Powinnam odepchnąć wątpliwości i cieszyć się chociaż przez chwilę tym, co mnie spotkało.
Może i staram się nie pokazywać, że coś jest nie tak, jednak ciężko mi jest po prostu zapomnieć o tym, co było i co już nie wróci. O czymś, na czym mi zależało. O kimś, kogo kochałam, choć ranił mnie na każdym kroku. Choć nie ufał mi i nie walczył o mnie, kochałam.
Wierzę, że z czasem to wspomnienie wyblaknie…”

Od tamtego czasu minął prawie rok. Rok, w którym przynajmniej raz dziennie przewijało mi się to wspomnienie, o którym starałam się zapomnieć. Na początku nie mogłam sobie z tym poradzić, jednak w ciągu ostatnich tygodni zauważyłam, że zdarzają się dni, kiedy w ogóle o tym mnie myślę… I tu sprawdza się myśl, że czas leczy rany. Czasem jest to naprawdę długi okres, ale w końcu się udaję.
Dziś, mimo, że jeszcze gdzieś tam na skraju umysłu tli się to wspomnienie, czuję się o wiele lepiej. Mój sen nie rozpłynął się. Mam przy sobie kogoś, kto mnie wspiera, jest ze mną i kocha mnie tak, jak nikt wcześniej (pomijając rodziców i ich wyjątkową miłość i troskę).
Cieszę się, że podjęłam taką a nie inną decyzję. Cieszę się, że postanowiłam iść naprzód, a nie stać w miejscu. Mam wszystko to, o czym zawsze marzyłam, a czego nigdy nie miałam…

środa, 21 grudnia 2016

[6] `Cienie przeszłości`

`Seasons come and change
the memories remain [...]`*



                Czasem wdaje nam się, że skoro zostawiliśmy coś za sobą – to nie ma prawa wrócić i zakłócać nam życia. Wydaje nam się, że robimy coś dobrze i na początku nie mamy co do tego żadnych wątpliwości. Jednak dopadły mnie i nie dają spokoju.
                Zaczęłam budować wszystko od początku, powoli, stopniowo zapominając o tym, co było i co mnie tak bardzo zraniło. Zaczęłam wierzyć, że może być dobrze. Że będzie dobrze. Cieszyłam się tymi kilkoma tygodniami jak małe dziecko, które odkrywa coś nowego. Zaczęłam na nowo patrzeć na świat z radością.
Ale pojawiły się cienie przeszłości.
„Chcę to ratować”
Znowu przepłakałam kilka dni.
Czemu pojawił się teraz? Czemu w ogóle się pojawił? Czemu sprawił, że wszystko, co zaczęłam budować, zaczęło się chwiać? Czemu dalej sprawia mi ból?
I czemu tak jest, że wciąż jest dla mnie cholernie ważny?
Kiedy ja kaleczyłam sobie dłonie, starając się poskładać kawałki naszego związku w jedną całość, on nic nie robił. Teraz, kiedy ja wszystko wyrzuciłam, on zabrał się za składanie wszystkiego. Oczami wyobraźni widzę jak klęczy i kalecząc sobie dłonie zbiera szkło, które ja już jakiś czas temu skazałam na straty. A najgorsze jest to, że jakaś część mnie chce mu pomóc. Natomiast druga część kurczowo trzyma się nowego. Tego, co jest jeszcze niepewne i takie świeże.


Od tamtego czasu minęły dwa tygodnie. Odprawiłam byłego bez nadziei na ratunek naszego związku, choć było mi strasznie ciężko wypowiedzieć te słowa. Potrzebowałam dwóch tygodni, żeby zacząć się uśmiechać chociaż trochę. A przynajmniej żeby przestać płakać na samo wspomnienie wspólnie spędzonych dni. Kiedy już podniosłam się z kolan i otrzepałam je, nadszedł kolejny cios.
Znowu dał o sobie znać.
 Pisał pod błahym pretekstem, ale domyślałam się, że to tak łatwo się nie skończy. I nie pomyliłam się.

„Nie wyobrażam sobie nie czuć Twojej obecności, zapachu Twoich włosów, rozumiesz? Nie wiem co bez Ciebie teraz zrobię”

Kolejnym razem nie zrobiło to już na mnie tak dużego wrażenia jak na początku. Moje serce dalej drży, kiedy w głowie pojawia się wspomnienie tamtych dni, ale rozum już przywykł do tego, ze to koniec. Staram się racjonalnie myśleć, ale czasem serce nie daje mi spokoju.
Obiecuje, że się zmieni, że zaczniemy wszystko od początku.
Już próbowaliśmy, nie wyszło. Jest sens próbować dalej…?
Czuję się z tym wszystkim okropnie. Z pozoru odpowiedź wydaje się oczywista. Muszę zostawić to, co było i skupić się na tym co jest. Ale z drugiej strony mam wrażenie, że popełniam błąd. Z dnia na dzień ten niepokój jest coraz słabszy, ale dalej jest.
W głębi duszy dalej tęsknię..

Ale tak właśnie wszystko się kończy, kiedy ludzie nie potrafią ze sobą rozmawiać i słuchać siebie nawzajem. A potem jest za późno, żeby cokolwiek naprawić.



---------------------------------------------------------
*Us5 - The rain

poniedziałek, 14 listopada 2016

[5] `[...] wierzyłam w to, w co chciałam wierzyć`

`[...] ona właśnie tego szukała. Szczęśliwego zakończenia. Czasem lepiej jest o wszystkim zapomnieć i żyć swoim życiem` *




Wszyscy gonimy za jakimiś marzeniami. Bardziej lub mniej błahymi. Przyziemnymi lub całkiem oderwanymi od rzeczywistości. Czasem biegniemy za nimi, nie zważając na innych. Gonimy za szczęściem, które nie zawsze uda nam się złapać.
Ja nie mam wymagań.
Nie chcę lecieć na księżyc.
Nie chcę mieć góry pieniędzy.
Nie chcę być najpiękniejsza.
Chcę spokoju.


 Spokoju, który zawsze odnajduję przy tej drugiej osobie, tak ważnej w moim życiu. Z biegiem lat przyzwyczaiłam się. Nie wyobrażam sobie bez niego życia. Moim marzeniem jest tylko dzielić z nim resztę moich dni. Zawsze kochać i być kochaną tak samo, jak na początku.


Po ponad roku wróciłam do tego wpisu i czytając go poczułam, jak pod powiekami zbierają mi się łzy.
Miłość, która miała być wieczna, okazała się być kruchym szkłem, które pod wpływem czasu roztrzaskało się na miliony małych kawałków, których nikt nigdy nie będzie w stanie pozbierać. Nikt tego już nigdy nie poskłada. Nikt tego nie uratuje. Nawet ja, choć starałam się to zrobić. Krztusząc się łzami starałam się wszystko pozbierać i posklejać, raniąc siebie samą jeszcze bardziej.
Jednak znalazł się ktoś, kto uratował mnie.
Złapał za rękę, odciągnął od szkła, żebym nie pokaleczyła sobie rąk i opatrzył rany, które już zdążyłam ponieść.
Pogodziłam się ze wszystkim. Wstałam i otrzepałam kolana, a kawałki szkła zamiotłam i wyrzuciłam. Wszystko kiedyś ma swój koniec, jednak nie uświadamiamy sobie tego tak szybko jak byśmy chcieli. Na to potrzeba czasu i kogoś, kto pomoże nam przez to przejść.
Przez te kilka lat widziałam to, co chciałam widzieć i wierzyłam w to, w co chciałam wierzyć. Tworzyłam sobie swoją własną idealną historię, tłumaczyłam wszystkie błędy i wyskoki, zaślepiona miłością. Kochałam najbardziej na świecie i byłam gotowa skoczyć w ogień dla Niego. Byłam gotowa stanąć na głowie, żeby wszystko szło jak najlepiej. Starałam się stworzyć solidne podstawy. Fundamenty, które On stopniowo kruszył z drugiej strony.
Ślepa na to, co się dzieje.
A może nie chciałam tego widzieć…?
Jednak znalazł się ktoś, kto pomógł mi otworzyć oczy i zrozumiałam, że wszystkie moje starania nic nie znaczą. Że walczę z czymś, z czym nie wygram. Że będąc cały czas w tym samym miejscu, nic nie osiągnę i choćbym poruszyła niebo i ziemię – nic to nie da.
Teraz jest inaczej. Teraz oddycham spokojnie. Teraz czuję, że jestem szczęśliwsza niż wcześniej, co jeszcze kiedyś mogło wydawać mi się nierealne. Teraz czuję, że jestem dla kogoś ważna. Przez kogoś pokochana.
Nie chcę niczego, co trudno byłoby osiągnąć.
Dalej chcę spędzić resztę swoich dni z tym kimś, kto jest przy mnie i odciąga mnie od robienia głupot. Z tym kimś, kto mnie rozumie i wspiera. Z kimś, kto mnie pokochał bez względu na moje wady. Chcę, żeby moimi zmartwieniami było jedynie to, jaką koszulę wyprasować, co zrobić na śniadanie, w co się ubrać na wspólny wieczór. Chcę wieczorem zasypiać, a rano budzić się u Jego boku. W wolny dzień czekać aż wróci z pracy…
Chcę tego wszystkiego.
I teraz wiem, że mój wybawca też tego chce.




---------------------------------------------------------
Tess Gerritsen - "Sobowtór"

piątek, 14 sierpnia 2015

[4] `Powiedziałam STOP`

` Daremne słowa jak zamki z piasku stojące na drodze niepowstrzymanego przypływu [...]`*



          Czasem wydaje mi się, że wszystkiego czego bym się nie dotknęła, rozsypuje się na drobne kawałki, płonie i obraca w proch. W stertę popiołów, którą rozwiewa oddech sumienia, żeby mogła osiąść na moim sercu. Choć w wielu sprawach mam rację, wszystko obraca się przeciwko mnie, a potem męczy mnie to wszystko i nie daje chwili spokoju.
          A nic tak bardzo nie boli jak być ignorowanym.
          Ja wiem, że mam rację, a tej drugiej osobie tylko wydaje się, że ją ma i przez to powstaje wiele konfliktów, nieporozumień i wyrzutów sumienia. Od jakiegoś czasu już i tak byłam ignorowana. Chciałam pomóc, zostałam olana. Chciałam porozmawiać - stało się zupełnie to samo. Aż w końcu po wielu próbach daremnego wysiłku dałam sobie spokój. Sama zaczęłam olewać. Traktować tak samo.
          Zdrada, dwulicowość.
          Nie wiem jak to inaczej nazwać.
          Ale raczej nie ma nic przyjemnego w tym, kiedy jest się olewanym i oszukiwanym. Byłyśmy trzy. Dwie łykały głodne kawałki różne od siebie, a trzecia tym wszystkim kręciła. Ja dostawałam wiadomość: "boli mnie noga", z nią szła na spacer. Kiedy ja dostawałam smsa: "nie mam teraz czasu", ona dostawała wiadomość: "wyjdźmy na spacer, tylko nikomu nie mów z kim wychodzisz".
          To zabolało już wtedy.
          Zdawkowe odpowiedzi "później ci opowiem", po których "później" nigdy nie następowało, konspiracja i umawianie się z nią, a olewanie mnie. Opowiadanie mi jak jej na mnie zależy, a potem wciskanie tej drugiej kitu, że jesteśmy pokłócone.
          Zaczęłam powoli się zastanawiać, czy ta "przyjaźń" w ogóle ma sens...? Doszłam do wniosku, że chyba nie, dlatego też zaczęłam ją ignorować.
          I wtedy coś się zmieniło.
          Odezwała się pierwsza. Miałam wtedy sporo problemów na głowie i ani trochę nie miałam ochoty na to, by opowiadać o tym komuś, kto do tej pory mnie olewał i już raz oskarżył o to, że piszę tylko wtedy "kiedy mam jakiś problem". Po tamtej sytuacji postanowiłam sobie, że ta osoba już nie dowie się o żadnym moim problemie. Nie chciałam później wysłuchiwać tego, że znowu zadręczyłam swoimi problemami.
          Twierdziła, że się martwi, a tej drugiej mówiła, że jesteśmy pokłócone. Twierdziła, że bardzo zależy jej na tym, żeby mi pomóc. Jednak po tym, co mi już "dała" - po kłamstwach i ignorowaniu - postanowiłam sobie, że dam sobie z tym spokój.
          Powiedziałam STOP. Jeszcze długo przed tym zanim się do mnie odezwała. Miałam dużo czasu żeby ochłonąć i nabrać dystansu do tego wszystkiego. Wcześniej starałam się to ratować, coś zrobić w tym kierunku. Jednak uświadomiłam sobie, że to nie ma sensu. Z tej przyjaźni już nic nie będzie.
          A dzisiaj?
          Przyjechała tylko na sekundę. Wziąć coś. Wcale nie musiałam się z nią spotykać, ale miałam do przekazania ważną kartkę. Postanowiłam zachowywać się normalnie, w końcu to nie ja mam problem. Niby nabrałam dystansu, zobojętniałam, ale kiedy na moje "Cześć" odpowiedziała mi cisza - zabolało mnie to. Poczułam się tak jakbym to ja winna była całemu złu, które ją spotyka. Jakbym to ja namawiała ja do najgorszych rzeczy i kłamstw. Jakbym to ja kazała jej postępować tak jak postępuje.
          Mimo iż wiem, że to nie jest moja wina, to jednak mam dziwne uczucie... Jest mi z tym ciężko i nie wiem jak sobie z tym poradzić, boli mnie to. Mimo wszystko nie chcę pierwsza wyciągać ręki. Do tej pory robiłam to wiele razy i na nic mi się to nie zdało.
          I już więcej tego nie zrobię.


---------------------------------------------------
*Tess Gerritsen "Klub Mefista"

niedziela, 21 września 2014

[3] `Wątpliwości`


`Wydawało mi się, że stoję nad przepaścią, i że nikt nie spieszy mi z pomocą [...]`
~Titanic~





          Sama już nie wiem, co mam o tym wszystkim myśleć. O czymkolwiek. O tym wszystkim co się dzieje. O tym,co było wczoraj, co jest dziś i o tym, co będzie jutro. Nic nie wiem. Mam w głowie kompletną pustkę.
          Czuję się dziwnie. Czuję się tak, jakbym była rozdarta wewnętrznie... tylko między czym?
Czuję się mentalnie opuszczona. Samotna. Pozostawiona sama sobie, na pastwę własnych, dziwnych, pokrętnych myśli. Czuję, że zatapiam się w nich, iże nikt nie chce pomóc mi się wydostać.
          Potrzebuję towarzystwa.
          Ostatnio mam wrażenie, że wszyscy po kolei zaczynają mnie powoli opuszczać. Gdyby tak nie było, nie czułabym się opuszczona... Prawda? Sama nie wiem. Jeszcze niedawno miałam taki dobry kontakt z koleżanką... Pisałyśmy do siebie smsy, rozmawiałyśmy przez facebooka, czy "gg". A teraz mam wrażenie, że to wszystko jakoś się... zepsuło. Już nie jest tak, jak było kilkanaście dni wcześniej. Nie jest tak, jakbym chciała, żeby było. Brakuje mi tego. A jeśli już piszemy, mam wrażenie, że te rozmowy są trochę wymuszone.
          Potrzebuję świeżego powietrza. Potrzebuję spaceru. Potrzebuję tego kontaktu, tej więzi, która była jakiś czas temu, a która z każdym dniem słabnie.
          Nie wiem, co mam robić. Nie wiem co mam myśleć.
          Chciałabym, żeby było normalnie. Tak jak zawsze. Mam ochotę rzucić się na podłogę jak małe dziecko i jak dziecko walić rękami i nogami w podłogę.
          Z szerokim uśmiechem na twarzy biorę pilot do ręki i wyłączam telewizor. Obejrzałam film i jakoś mi się tak poprawił humor. Rozpiera mnie wręcz energia! Ale znowu powoli wracam do poprzedniego stanu wewnętrznego rozerwania.
          Jestem dziwna.
         

niedziela, 20 października 2013

[2] `Nie dam więcej sobą manipulować`



`Fałszy­wość to coś z cze­go ludzkość nig­dy się nie wyleczy [...]`



           Świat jest dziwny. Ludzie są dziwni. Wszystko jest dziwne.
          Jak to jest, że na świecie jest tyle ludzi, którzy nie wahają się zranić drugiego człowieka? Jak to jest, że człowiek ma przyjaciela, a ten przyjaciel okazuje się... zdrajcą i intrygantem? Jestem głupia i naiwna, ale wciąż daje sobą manipulować i wodzić za nos. Jestem miła, uprzejma i cieszę się, że mam kogoś, komu mogę powiedzieć wszystko, z kim mogę się spotkać. A potem ten ktoś po raz kolejny wbija mi nóż w plecy i bezlitośnie go przekręca.
          Już nie raz zawiodłam się na... przyjaciółce. I to na niejednej. Czasem tak się dogadywałyśmy, iż wydawało mi się, że to będzie przyjaźń, która będzie trwać i trwać i nigdy się nie skończy. Ale, jak to zwykle bywa, piękny sen przerywa nagła pobudka. I już tego kogoś nie ma.
          Tak siedzę i zastanawiam się z sercem wypełnionym dziwnym otępiającym bólem. Po co udawać, że się kogoś lubi? Po co stwarzać pozory przyjaźni, a potem po prostu odwracać się i zrywać od tak nawiązaną więź? Jestem osobą... nie powiem, że słabą psychicznie, ale osobą, która ciężko znosi takie sytuacje.
          Boli mnie to, że jeszcze w wakacje byłyśmy najlepszymi koleżankami! Wspólny wypad nad morze, który miał niby zacieśnić i utrwalić naszą przyjaźń, a potem cisza. Koniec. Przestała się odzywać. Tak nagle, z dnia na dzień.
          Już nie raz byłam w takiej sytuacji, że nie odzywała się do mnie kilka dni. Przez te pare lat, kiedy się znałyśmy, przyzwyczaiłam się do tego. Ale po upływie dwóch miesięcy, dowiedziałam się od drugiej koleżanki, która wtedy z nami była nad morzem, że przypadkiem się z nią spotkała. Dowiedziałam się także, że znalazła sobie nową koleżankę, z którą w czasie tych dwóch miesięcy była sobie w górach.
          Zła biorę głęboki oddech i zastanawiam się jak dalej dobrać słowa.
          Nie jestem zazdrosna o tą niby przyjaciółkę. Nie. Moim zdaniem ona nawet nie zasługuję na takie miano. Po prostu boli mnie to, że przez długi czas zachowywała się tak, jakby była moją najlepszą koleżanką, spotykałyśmy się przy piwie i kawie, a wraz z końcem wakacji nastąpił koniec znajomości. Moim zdaniem to, że chodzimy od tego roku do dwóch różnych szkół, to nie jest powód, dla którego miałybyśmy zerwać kontakt, czyż nie?
          Boli mnie jej fałszywość i to, że kiedy znajdzie sobie nową koleżankę, zostawia mnie jak starą zabawkę. Ale nie to jest najgorsze. Najgorsze jest to, że kiedy te nowe koleżanki "kopną ją w dupe", wtedy wraca do mnie. A ja głupia do tej pory nic nie mówiłam, naiwnie wierząc, że to tylko przejściowe. Ale teraz już nie pozwolę na to. Gdyby była moją prawdziwą przyjaciółką, nie zrobiłaby czegoś takiego, prawda?
          Moja wiara w ludzi zanika.
          Nawet nie chce mi się już rozwodzić na jej temat. Boli mnie jej fałszywość, ale co ja mogę na to poradzić? Jedyne co mogę zrobić, to zignorować ją, kiedy wróci do mnie, bo ta nowa koleżanka "kopnie ją w dupe". I tak też zamierzam zrobić.
          - Nie dam więcej sobą manipulować - powtarzam sobie po raz kolejny.
          Wzdycham i patrzę w ciemne niebo za oknem. To tylko puste słowa, które tak łatwo zignorować. O których tak łatwo zapomnieć i dać się znów zmanipulować.

niedziela, 13 października 2013

[1] `Nie macie prawa płakać`



`Życie jest jak taka loteria, a my nie możemy przyjąć tego do siebie, że na świecie jest śmiertelność i naszych bliskich osób też dotyczy [...]`




          - Wszystko będzie dobrze, wszystko się ułoży - powtarzam sobie po raz kolejny próbując samą siebie przekonać. Ale nie przychodzi mi to łatwo.
          Od dłuższego czasu siedzę w pokoju, chociaż wiem, że powinnam znaleźć sobie jakieś zajęcie. W końcu znajduję. Piszę. Wiem, że to może być dla niektórych uciążliwe, ale przecież kto nie chce, nie musi tego czytać, prawda? A przynajmniej ja nikogo nie chcę do tego zmuszać.
          Co chwila przerywam, malując kolejny paznokieć czarnym lakierem. Jego zapach zazwyczaj mnie drażni, ale dzisiaj jakoś mi nie przeszkadza. Nic mi już nie przeszkadza. Nic mi się nie chce.
          Jeszcze nigdy nie czułam takiej pustki w sercu, ale dzisiaj dokładnie wiem, co czują wszyscy ci, kiedy stracą kogoś bliskiego. Pustka. Smutek. Żal. Bezsens. Bezradność. Stało się i się nie odstanie. Rozpacz, której nie sposób opisać słowami.
          Kładę palce na klawiaturze i przez chwilę się zastanawiam... Sama już nie wiem, co mam robić, ale wiem też, że nie powinnam tak bezczynnie siedzieć. Nie powinnam siedzieć i zastanawiać się. Nie powinnam pogrążać się w myślach tak smutnych i czarnych jak wciąż mokry lakier na paznokciach.
          Nigdy do tej pory nie przeżyłam odejścia drugiej osoby, a zwłaszcza bliskiej. Nigdy nie wyobrażałam sobie jak to będzie, kiedy już Jej zabraknie. Aż w końcu z dnia na dzień zabrakło. Była i już Jej nie ma. Przez ostatnie dni była jak świeca, płonąca nikłym płomieniem. Aż w końcu zgasła. Ta mała, słaba iskierka zgasła i już się nie zapaliła. I nie zapali.
          Dzisiaj jest to świeże. Dziś jeszcze nie dociera to tak do mnie. Jestem taka otępiała i nie bardzo wiem, co się dzieje. Bolą mnie oczy od łez, bo płaczę, choć w głowie krążą mi Jej ostatnie słowa "Nie płaczcie. Nie macie prawa płakać". Ale to jest silniejsze, zwłaszcza kiedy patrzę na innych, którzy są w smutku razem ze mną. Nie mogę znieść ich łez i rozpaczy, aż w końcu sama się temu poddaje. A jeszcze wczoraj mówiła. Jeszcze wczoraj widziała i patrzyła. Jeszcze wczoraj oddychała. Jeszcze wczoraj żyła.
          A dzisiaj już nic.
          Wiem, że muszę się podnieść, otrzeć łzy i żyć dalej. Taka jest już kolej rzeczy, że jeden się rodzi, a drugi umiera. D tej pory nie wyobrażałam sobie, że to może być tak straszne. Tak smutne.
          Ocieram kolejną łzę spływającą po policzku. Gorącą i gorzką.
          Teraz na pewno jest Jej lepiej. Teraz Ją nic nie boli. Teraz już będzie tylko spała, spokojnym wiecznym snem.
          Ale jak powiedzieć małemu dziecku, że człowiek umiera? Że umarł? Kiedy rodzice wrócili i powiedzieli mojej siostrze o tym, ona przyszła zapłakana do mojego pokoju. Domyśliłam się, że już wie.
          - Ona umarła - powiedziała do mnie przez łzy, przecierając małą piąstką mokre oczy.
          Z zaciśniętym gardłem i nową falą łez powiedziałam:
          - Chodź do mnie.
          Usiadła koło mnie na łóżku i przytuliłam ją do siebie.
          - Ona nie umarła - powiedziałam do niej starając się opanować drżenie głosu. - Ona cały czas tu jest, wiesz? Cały czas będziemy o niej myśleć.
          Ona tylko pokiwała głową. Zaczęła się uspakajać.
          - Ona zawsze będzie tutaj - szepnęłam i wskazałam miejsce, w którym mieści się serce. - Zawsze będzie w serduszku.
          A teraz piszę. Piszę, bo muszę to z siebie wyrzucić. Czuję, że jak tego nie zrobię, to nie zasnę. Teraz jeszcze nie wyobrażam sobie jak to będzie. Gorzej już raczej nie może być, więc musi być lepiej. Całe szczęście, że mam garstkę osób, która wspiera mnie i nie pozwala mi się załamać. Dziękuję im za to i cieszę się, że są ze mną.
          Ocieram łzy i biorę głęboki oddech, a w myślach znowu odbijają się echem Jej słowa: "Nie macie prawa płakać".




------------------------------------
Nie jest to żadne opowiadanie. To jest to, co myślę, co czuję. Nic więcej dzisiaj nie jestem w stanie dodać. Ronnie, Stokrotko, dziękuję, że jesteście ze mną.
Cytat na samym wstępie to słowa mojej Ronnie.

:(